Ognisko '2000 - Piąta rocznica dyplomu


Podczas ogniska nad Odrą we wrześniu 1999 padł pomysł, żeby z okazji piątej rocznicy naszej obrony dyplomu zorganizować spotkanie w nieco większym stylu. W grę wchodziła impreza "stateczna" na wyczarterowanym okręcie lub impreza wyjazdowa, gdzieś koło Wrocławia. Pod koniec kwietnia pozwoliłem sobie zorganizować małą ankietę na temat preferencji ewentualnych uczestników. Ankietę wypełniło 16 osób.

Ilość odpowiedzi
1. Mieszkam:
- we Wrocławiu 7
- poza Wrocławiem 9
2. Jestem za imprezą
- we Wrocławiu nad Odra (w tradycyjnym miejscu) 3
- jednodniowa (bez noclegu) poza Wrocławiem 3
- z noclegiem poza Wrocławiem 13
3. Stopień "zmotoryzowania":
- mam czym dojechać na imprezę zamiejscową 8
- j/w + mogę dodatkowo kogoś zabrać 8
- liczę na pomoc kogoś bardziej zmotoryzowanego 3
4. Proponuję termin:
- 10-11 czerwca 0
- 17-18 czerwca 16
- inny 0
5. Osoby towarzyszące:
- bez osób towarzyszacych 7
- z osobami towarzyszącymi 10
6. Standard noclegowni:
- nie gra roli - liczy sił towarzystwo 12
- może być schronisko (pokoje wieloosobowe) 1
- domki a'la FWP (np. zbite z pilśni i tektury) 1
- pensjonat z kiblem i łazienką na korytarzu 2
- pokój z własna łazienką 1
- hotel co najmniej *** (łazienka, śniadanko, TV, telefon...) 1
7. Na ewentualny nocleg nie chciałbym wydać na osobę więcej niż:
- 0zł (jestem za imprezą we Wrocławiu) 0
- 50zł 2
- 100zł 2
- 200zł 0
- jestem zdeterminowany - cena nie gra roli ! 12

Jak widać większość była za imprezą poza Wrocławiem z osobami towarzyszącymi, a liczył się dla nich sam fakt spotkania znajomych. Standard ośrodka czy cena noclegu nie odgrywała dla większości specjalnej roli. I rzecz niesłychana: wszyscy jak jeden mąż byli zgodni co do terminu !!! Tak dobrze, to pod tym względem nigdy wcześniej nie było. Charakterystyczne jest myślę również to, że większość z osób, które zechciały odpowiedzieć na ankietę mieszka poza Wrocławiem. I jak się okazało, uczestnicy imprezy w przeważającej większości również pochodzili z poza Wrocławia. Pytanie dlaczego ? Czy Sulistrowiczki leżą za blisko, czy może za daleko ?

Skoro zostało postanowione kiedy i gdzie imprezujemy, należało przystąpić do realizacji. Postanowiliśmy rozpocząć ok. godziny 17:00. Pierwszy w Sulistrowiczkach pojawił się Artur Bałuta z Ewą i Jarek Grzelak z Klaudią. Artur był tak szczęśliwy, że postanowił wszystkich przybywających witać pieśnią !

Chwilę później z krzaków od strony miniejszej siostry Ślęży - Radunii wyłonili się Piotrek Galicki i Irek Filiacz.  Szli od strony Świdnicy, więc tak było im najwygodniej. Po nich dobiła silna, reprezentowana przez Rafała "Długiego" Jędrzejczaka i Pawełka Radzieję ekipa z Głogowa. Przywieźli z sobą żony oraz Tomka Tryznę i jeszcze jednego (Pawła ?), który choć nie był od nas z roku, to podłączył się do imprezy.

Po pewnym czasie dotarł z Poznania Sławek Kawałek, z Warszawy dojechał Tomek Dłubak z żoną a z Namysłowa Krzysiek Rosiński.  O ile mnie pamięć nie myli, to był też Rysiek Bagniński. Zaczynało już się ściemniać, gdy wiedziony zapachami z rozpalonych grilli dojechał Krzysiek Rudko. Niestety okazało się, że opis dojazdu miał jednak pewne wady. W określonym miejscu należało jednak skręcić w kierunku Sulistrowic... Mimo to wszyscy w końcu jakoś trafili. Jako ostatni Grzesiek Nowak z Wojtkiem Zielińskim.

Mięcha na grill było tyle, że moglibyśmy wyżywić cały ośrodek i przynajmniej połowę uczestników zlotu harleyowców, który odbywał sie akurat na kempingu obok ośrodka. Szczególnie duże wrażenie wywarli na mnie pod tym względem Głogowianie. Jeśli chodzi o browar, to było chyba akurat. Jak widać na załączonych obrazkach różni ludzie pijają różne gatunki piwa. Na Arturze B. zawartość puszki zrobiła chyba duże wrażenie... 

Im robiło się później, tym było zimniej. Zbawienne okazały się polana kominkowe, którzy uczestnicy przywieźli ze sobą. Na miejscu zgodnie z przewidywaniami nie czekał na nas powiązany w pęczki chrust. I to właśnie polana kominkowe sprawiły, że tradycji stało się zadość. Oprócz węgla drzewnego w paleniskach grilli zapłonęło również ognisko. I dobrze się stało że zapłonęło, bo wieczór choć czerwcowy był cholernie zimny. Pod koniec imprezy towarzystwo stało już wokół żarzących się węgli zwartym kręgiem, przypiekając się z jednej strony a odmarzając z drugiej. Ognisko zgasło ostatecznie koło północy i zebrani rozeszli się do domków, ktore choć z zewnątrz nie wyglądały zachęcająco, to w środku okazały się dość przytulne. I co istotne - miały elektryczne ogrzewanie !

Tu wynikł mały problem, gdyż znalazł się jeden, który łamiąc ustalone wcześniej reguły postanowił zawaletować w domku zajętym już na full. No more comments.

Następnego dnia, choć domki zarezerwowane były do 15:00 towarzystwo rozjechało się znacznie wcześniej. Nie zapłonął żaden grill ani ognisko. W imprezie licząc z osobami towarzyszącymi wzięło udział 18 osób. Choć nie dopisali wrocławianie myślę, że ci którzy przjechali nie żałują.

 

Czas rzucić coś na ruszt !

 

... każdy puszkę krzepko dzierży w dłoni...

 

To be, or not to be ?

Płonie ognisko i szumią knieje...